środa, 21 marca 2012
Od dwóch tygodni praktycznie nie jem. "Praktycznie", bo tak naprawdę to jem. Wczoraj znalazłam paczkę takich malutkich herbatników - zwykle jest w środku cztery, ale moje były pogniecione. Smakowały mi.
To niezamierzone. Po prostu musiałam zapłacić parę rachunków i zostało mi 50zł "na życie" na resztę miesiąca. Na jedzenie i tak by nie wystarczyło, więc kupiłam tytoń, a resztę zostawiłam na autobusy w "nagłych wypadkach". Nagłe wypadki nastąpiły dość szybko, więc na długo przed dziesiątym zostałam bez grosza. Nie przypuszczałam, że w ten sposób da się żyć całkiem znośnie...
Nie wiem, jak jest w innych miastach. W moim kursuje kilka autobusów do supermarketów. Kiedyś można było nimi jeździć po całej trasie za darmo, ale te czasy minęły już kilka ładnych lat temu. Teraz trzeba mieć paragon z zakupów zrobionych w danym supermarkecie (najlepiej nie wcześniej niż tydzień przed przejazdem, ale tego już tak bardzo nie sprawdzają) i w jedną stronę można wsiadać tylko pod supermarketem, a w drugą tylko po okazaniu paragonu. Kiedyś można było jeździć na jednym do oporu - wycwanili się. Przy wejściu do autobusu na przystanku pod supermarketem przybijają na nim pieczątkę, a do ponownego przejazdu uprawnia tylko opieczętowany paragon. Podczas ponownego wsiadania kierowca robi drugą pieczątkę i paragon jest już nieważny.
Mam nogi, mogę chodzić. Ale trochę za szybko się męczę. Poza tym nie chodzi o to, że nie jestem w stanie przejść piętnastu kilometrów, tylko że po mieście zajmuje mi to ponad dwie godziny. W obie strony byłoby pięć. Więc jeżdżę, choć tych autobusów jest tylko cztery, a kursują średnio trzy razy dziennie.
Na początku łudziłam się, że skądś wykombinuję jakieś pieniądze - choćby niewiele. Bo przecież mogłam pożyczyć, mogłam go poprosić, mogłam zadzwonić do rodziców. Ale pożyczyć nie mam od kogo, on jest chory i widuję go tak rzadko...
A kiedy już go widzę, mam poczucie winy tak wielkie, że nie potrafię. Jestem tłustą świnią, jestem głodna tak bardzo, że to aż boli, ale jego boli bardziej. I jeszcze to, że widzę go takiego. Nie chce, żebym go takiego widziała. A ja nie wiem, co mam powiedzieć, nie wiem co powinnam zrobić. Najczęściej milczę.
Drugiego dnia mojej przymusowej diety koleżanka zaproponowała kanapki z pasztetem. Nie mogłam, nie jem mięsa. Chociaż nie powiem, żeby mnie nie ciekawiło: jak długo musiałabym być głodna, naprawdę głodna by np. rzucić się na surową, krwawiącą wątrobę i zacząć ją wpierdalać. Ilu w końcu jest dostatecznie upartych, by umrzeć nie ugiąwszy się?
Nie umieram z głodu. Chodzę do supermarketów. Przy odrobinie szczęścia ktoś zostawi paragon na którejś z ławek. Dwukrotnie miałam takie szczęście. Zwykle jednak nie mam i muszę się rozglądać po koszach. A jedzenie... Pakuję pełny koszyk i idę na owoce i warzywa. Próbuję co małe zakładając, że jeśli ktoś zwróci mi uwagę, będę mogła powiedzieć, że próbuję bo mam ochotę kupić, ale wcześniej chciałabym spróbować czy dobre. Haa. W ten sposób raz udało mi się zjeść małego pomidorka, trzy winogrona i rzodkiewkę - najadłam się za wszystkie czasy.
Nie umieram z głodu skoro potrafię się jeszcze powstrzymać przed rzuceniem się na nie swoje jedzenie. Niestety poza stoiskiem owocowo-warzywnym stosunkowo trudno coś wyżreć nie zwracając na siebie większej uwagi. Na pieczywie czasem wystawiają jakiś podejrzanie wyglądający talerz do degustacji, ale przecież nie zapakuję wszystkiego do kieszeni, bo zaczęliby mi się przyglądać i zauważyli, że zamierzam im ukraść i zjeść dwa winogrona.
Raz trafiłam na degustację jogurtu. Dwie łyżeczki całe. Morelowy. Dobry był.
I zjadłam dwa batoniki i wypiłam puszkę coli zero - ale wtedy błąkałam się między półkami ponad godzinę niby to szukając czegoś i umierając ze strachu co będzie, jak się jednak zorientują. Papierek miałam w koszyku, a zdarzało mi się, że coś zjadałam albo byłam w sklepie z kimś i on coś zjadał, a potem na taśmę szło samo opakowanie i panie nigdy nie robiły problemów. Ale wtedy w razie czego potrafiłabym się wykłócić - no czego ode mnie chcecie?[Zjadłam to płacę, a zjadłam bo byłam głodna a jak bym chciała zjeść po tym jak zapłacę dopiero to bym poszła do sklepu obok.]
Teraz teoretycznie mogłabym powiedzieć to samo, ale gdyby mnie jednak złapali i powiedzieli "no to proszę zapłacić". Miałabym się rozpłakać i powiedzieć, że nie mam? Nawet zadzwonić bym do nikogo w razie czegoś nie mogła, bo telefon mam zablokowany.
Już widzę, jak wzrusza ich moja historia. Tłusta świnia, która żre w supermarkecie i nie chce zapłacić. "A gdyby wszyscy tak robili?". Przecież (prawie) wszyscy to robią. Winogron jednorazowo nie zjadłam więcej niż dwa, wartość poniżej złotówki to zbyt niska szkodliwość czynu. Ale wafelek był już 1,50. Za wafelek za 1,50 można już dostać tysiąc złotych grzywny i pół roku w zawieszeniu.
Kocham ten kraj. Kumple za pobicia z łamaniem rąk i wybijaniem zębów dostawali mniej niż jakaś kobieta za próbę kradzieży chleba. Przesadzam z tymi "kumplami". Nigdy się z nimi nie kumplowałam, ale w ten czy inny sposób jednak widywaliśmy się, więc na jedno wychodzi.
Może powinnam kogoś pobić i okraść?
Strasznie boli mnie brzuch. Nawet z tymi batonami wychodzi jakieś 100 kcal dziennej średniej. Zbliżyłam się do ideału. Ach, ach...
sobota, 25 lutego 2012
Jestem tak spasiona, że zaczynam mieć problemy z chodzeniem. Nie samookaleczam się bezpośrednio, ale w tym stanie to i tak nie ma większego znaczenia.
Podjęłam kolejną, beznadziejną próbę przybrania bardziej ludzkich kształtów, ale chyba nic z tego nie będzie. Może będzie, ale coraz mniej w to wierzę.
Jestem sama. Jestem buried alive. Cudów nie ma - a nawet jeśli są, to nie istnieją dla mnie.
środa, 09 listopada 2011
No i wszystko się zmieniło. Świat odzyskał barwy, rozmowy z ludźmi zaczęły sprawiać mi przyjemność (w godzinę zaliczyłam trzy), a na uczelni było fajnie - prawie tak, jak wcześniej. A potem było jeszcze lepiej - odebrałam telefon, dostałam pracę... Z tej radości mogłabym fruwać. I nikomu nie powiem, że telefon dzwonił już wcześniej, najprawdopodobniej w tej samej sprawie, ale za bardzo się bałam, żeby odebrać.A potem puff... Rypło się. Znikło. Z pokazowej kłótni, która nawet nią nie była, i nie niosła ze sobą nic złego zrobiła się rozmowa, która kłótnią już nie była.
Kochanie, Ty jesteś gruba. Co? No gruba. Strasznie gruba. I spuchnięta. ? Przecież... No nie płacz. Żeby to było Twoją winą, musiałabyś ciągle jeść. Albo zamykać się w łazience i pić codziennie litr oleju. A przecież Ty prawie nie jesz... Boję się o Ciebie.
I on myśli, że przez to pójdę do lekarza. Akurat.
Przyszło mi do głowy coś niestosownego. I wiem, że nie powinnam, ale jednak muszę to napisać. Wiecie, dlaczego w Oświęcimiu nie było grubasów? Nie dlatego, że schudli głodując i pracując ponad siły. Poszli do gazu.
wtorek, 08 listopada 2011
Błagam Gwyneth... uwierz, że jeszcze możesz. Uwierz, że nie wszystko stracone. Bo nie jest. Mimo tego, że jest tak strasznie, strasznie rozpaczliwie... To przecież tylko kwestia tego, że brakuje mi kasy. A kasę da się przecież jakoś zdobyć. JAKOŚ. Łatwiej niż chęć do życia, która wiecznie przede mną spierdala.
Błagam Cię... Błagam się... Moją chorobę, moją depresję, moją rozpacz - Proszę, zostaw mnie. Idź sobie, idź gdzie indziej. Ja nie chcę umrzeć. Nie chcę być skończona. Nie chcę być przegrana. Wiem, że przez ostatnie lata robiłam wszystko, by moje życie się zawaliło i nie dało odbudować. Wiem. Ale teraz chcę to zmienić. Tak bardzo chcę.
Może się nie udać. Nie mam żadnej gwarancji, że ktokolwiek jeszcze zechce mi pomóc - a bez tego nie mam żadnych szans. Nie chcę się już zastanawiać nad tym, co spieprzyłam i jak bardzo. Z tym na pewno nie dam rady.
Lęk, który czuję jest niewyobrażalny. Dotykam tylko jego skrawka - pamiętam, co było, kiedy pozwoliłam mu sobą zawładnąć. Trzęsę dupą jak jasna cholera. Boję się. Tak strasznie się boję i tak strasznie wyglądam. Minęło prawie półtora miesiąca, a ja nie znam nikogo z mojego roku. Boże... Nie mogę sobie pozwolić na zastanawianie się nad swoją sytuacją, bo to mnie wykończy tak, jak wykańczało mnie każdego dnia od dwóch, może nawet trzech lat.
Powinnam się umówić z psychologiem. Naprawdę powinnam. I z co najmniej kilkoma innymi lekarzami, którzy wykryją u mnie te wszystkie okropne choroby, których widmo od siebie odsuwam. Moja depresja to nie przyczyna moich problemów, tylko ich efekt.
H. jest taki kochany. Tak się troszczy, tak stara... A ja i tak zaczynam płakać i albo to czuję niekochana, albo zrozpaczona całą resztą tego wszystkiego. Nie jestem wobec niego w porządku. Nigdy nie byłam. Nie wierzę, że mnie kocha, a kocha. Może jeśli nie dla samej siebie, to uda mi się walczyć i wygrać dla Niego? Uda mi się? Tak bym chciała, żeby był szczęśliwy. Póki co to wszystko zmierzało tylko do tego, by pewnego dnia stanął nad moim grobem. Nie chcę by tak się stało. Moje słowa znaczą niewiele, bardzo mało. Jak dotąd poszły za nimi tylko niewiele znaczące czyny i sporo łez. Całe, wielkie jezioro.
Chcę znów być sobą. Błagam... Boże. Wiem, że rzadko się modlę i pewnie nie jestem Twoją ulubioną wierną, ale pomóż mi. Bo to już ostatnia chwila. Bo potem już nie ma nic. A ja wbrew temu, co w ostatnim czasie niezmiennie sobą prezentuję - wbrew temu mam jeszcze tyle rzeczy do powiedzenia. Do zrobienia. Błagam. Nie chcę umierać. Chcę chodzić na studia - tak jak kiedyś. Rozmawiać z ludźmi, chodzić na rozmowy o pracę, brać udział w konkursach, pisać, ŻYĆ. Być, istnieć. Jeść, nie jeść - to nieważne. Proszę, spraw by udało mi się żyć. Proszę. Proszę. Mam dość tego umierania. Dość tego, jak wygląda moja twarz, skóra, oczy - moje wypłakane na lewą stronę oczy.
Proszę... Daj mi spróbować jeszcze raz. Pozwól mi.
Włączę piosenkę, tę, którą trzymam na najtrudniejsze chwile. Kilka razy już zdziałała cuda - kilka razy. Pozwól, by to się stało jeszcze raz. By to się stało sensowne. Całe to piekło.
Proszę.
Naprawdę... Bardzo. Nic nie mam. Nie mam światu do zaoferowania kompletnie nic, ale może kiedyś będę miała. Niech ten płacz wreszcie się skończy. Niech się skończy. Skończy.
Mam tyle łez, że starczyłoby pewnie na kolejne jeziora, ale nie mam już siły płakać. Jeszcze tyle rzeczy wisi na włosku i może się rozpaść w każdej chwili - ale tak nie da się żyć. Wiecznie się bojąc, wiecznie czekając na kolejne złe rzeczy, które będą się zdarzać bez względu na mnie.
Idę na uczelnię. Spróbować. Może jeszcze w te piętnaście minut, które mi zostało zdołam się jeszcze jakoś doprowadzić do porządku. Muszę spróbować.
czwartek, 27 października 2011
Jak trudne może być normalne życie?
Poważnie pytam. Jak?
Kiedy powiedzieli mi, że już nie jestem studentką, bo jest za późno a mojego podania NIE MA załamałam się. Wyłam. Potem okazało się, że jednak jest, ale ja już byłam chora. Dalej kaszlę flegmą ze skrzepami krwi. Kogoś to wzruszy? Wątpię, już nie mam 14 lat - a i wtedy nikogo jakoś specjalnie nie wzruszałam.
Boję się, tak panicznie się boję, że to wszystko się spieprzy. Dlaczego w moim małym mózgu nie powstaje myśl "walcz!" ale zawsze jest "uciekaj!"?
Teoretycznie mogłabym wyjechać do Hiszpanii, Anglii, Ameryki... Teoretycznie. Bo nigdy tam nie pojadę. Bo nie potrafię udowodnić sobie, że coś jeszcze znaczę. Nie potrafię. Kompletnie. A gdyby zdarzył się cud, i gdybym jednak umiała... Gdyby mi się jednak udało, to nie musiałabym nigdzie jechać. Mogłabym zostać tutaj.
Mam gigantyczne długi. 1100 na karcie z czego 400 do spłaty w listopadzie, plus pewnie stówa mandatu za nieskasowanie biletu w autobusie z gorączką i mdłościami, plus 300 raty za studia, plus 7000 za mieszkanie. 1400. Ciekawe, co też wymyślę mając 1200 wszystkiego?
Patrzenie prawdzie w oczy nie poprawia mojego stanu. Wręcz przeciwnie. Co ja sobie myślałam?
Może nie jedząc, nie paląc i chodząc na piechotę jakoś przetrzymam? Ha! Jeszcze rata za telefon - 50zł. Nie przetrzymam. Chyba, że wezmę się w garść. Zdołam?
Nie, nie, nie...
NIE
Umrzyj Gwyneth, umrzyj!
wtorek, 25 października 2011
To już dawno przestało być walką z kilogramami. Ja walczę o swoje życie... Walczę o swoje życie na litość Boską, a mimo to wciąż pozwalam by paraliżował mnie strach przed wyjściem z domu.
Widzę, jak koszmarnie wyglądam i pogrążam się w jeszcze większym koszmarze. Przedwczoraj byłam bliska obcięcia włosów. Krótko, na zapałkę. D. mnie powstrzymał. To byłby koniec. Bez włosów byłabym nikim, on to wie. Oboje wiemy, że to że je mam niekoniecznie równa się jakiemuś "dobremu" obrotowi sprawy. Dobrego obrotu może nigdy nie być.
Boję się tak, że nie mogę oddychać. Ale wiem, że jeśli kiedyś (pewnie już niedługo) przyjdzie co do czego, to nie będę potrafiła wyjaśnić, co działo się w mojej głowie. Co dalej się dzieje.
Poprzednio mi się nie udało. Skapitulowałam. Nie spróbowałam. Leżałam skulona i ryczałam. Po co komu takie moje życie? Po co komu ja? Po co mnie ja sama?
Sprawiłam, że mój strach z paranoidalnego przeszedł w uzasadniony.
Kocham Cię Henry. Kocham. Ale boję się, że moja nienawiść do siebie jest silniejsza nawet od tego. Jestem nikim. Zawsze byłam. Myliłeś się co do mnie. Wszyscy się myliliście.
Ja chyba już się urodziłam martwa.
sobota, 22 października 2011
Nie wiem...
Zabawne. Napisałam drugą notkę w zupełnie innym tonie. Podobno się dodała. Teraz zniknęła. Właściwie to chyba lepiej. Z dwojga złego bezpieczniej siedzieć na dnie cały czas niż wciąż się wspinać, próbować i spadać. Niektórym co prawda udaje się wyjść nawet z najgorszej dupy, ale większość - do której się zaliczam - kończy nie dość, że na dnie, to jeszcze z połamanymi kulasami.
Wątpię dziś w coś, w co od piętnastu miesięcy nie wątpiłam. W sens trwania w tym związku. To, że ja kocham go na śmierć i on mnie też, to jeszcze za mało, żeby wyszło z tego coś dobrego. Nie jesteśmy szczęśliwi. Jesteśmy zmęczeni. Okłamujemy się nawzajem - opowiadając o tym, jak bardzo za sobą tęskniliśmy, jak bardzo się pragniemy i jak bardzo kochamy. Kochamy, pragniemy, tęsknimy - i nic z tego nie wynika. Nie żyje się od tego łatwiej. To tylko nastawienie na przetrwanie.
Które ja straciłam kilka lat temu. I nie wróciło. Wróci?
Mam dość pytań do których pasuje ta odpowiedź. Mam dość wszystkich pytań świata. Nie chcę już walczyć. Chcę umrzeć, ale jak każda żywa istota mam instynkt przetrwania silniejszy niż moje dobre chęci. Więc. Od. Dawna. Kończy. Się. Na. Pragnieniu. Nie. Życia.
Nie pomogę Ci. Nie odpowiem. Nie napiszę nic sensownego. Nie jestem w stanie. Nie potrafię.
czwartek, 20 października 2011
A tak naprawdę jest mi strasznie smutno. Niewyobrażalnie smutno. To mnie pochłania, sprawia, że się boję. Znów boję się najbardziej naturalnych czynności i nie potrafię nic na to poradzić. Tęsknię za nim, tak bardzo za nim tęsknię. I boję się. Mam dość tego strachu. Rzygam nim. Nic się nie zmieniło. To, że mogę pójść do kuchni czy łazienki bez napadów panicznego lęku przed tym, że ktoś mnie zobaczy? Minimalna zmiana. Nie potrafię zrozumieć, jak to jest, że już nie potrafię... Tak wielu rzeczy. Nie potrafię tak po prostu ładnie się uczesać - ciągle noszę włosy związane w durną kitkę. Nie potrafię się pomalować, bo kiedy biorę w rękę kredkę, wszystko nagle traci sens. Bo po co? Po co rysować cokolwiek na tej durnej mordzie - nie stanie się od tego ładniejsza. Po co ładnie się ubierać, skoro można układać kombinacje wiecznie z dziesięciu tych samych ciuchów. Kiedyś miałam na to siłę. Tak po prostu ją miałam. I ubrana, uczesana, umalowana chodziłam i zbierałam komplementy. A teraz? Wyglądam jak monstrum. Paznokcie rosną jak chcą, nie piłuję ich. Emanuje ze mnie... Dno. Po prostu dno. Dno wielkiej, ziejącej czarnej dziury która wchłania wszystko. W kurtce się nie dopinam, z nonszalancji przeszłam do kloszardztwa. Muszę. Muszę coś zmienić, żeby zobaczyć w sobie coś więcej niż tylko ziejącą rozpacz. Tego kogoś w kim ON się zakochał, a teraz tylko patrzy smutno na jego nagrobek. Lady Tombstone. Miss Nothing. I tak od lat. I taka jestem - nieprzytomna, płacząca, ciągle chora. Jak mam nie być chora, kiedy moje ciało czuje tą nienawiść. Moją nienawiść. Do tej osoby, którą kiedyś byłam - bo już nie jestem. I do tej, którą się stałam - bo ona już nie jest NIĄ. One obie są mną, ale o tym już zapominam. Nawet jeśli nie wszystko stracone, to i tak bez znaczenia. Nie uratuję niczego kiedy się kulę, płaczę i śpię.
Ale właściwie... co mi szkodzi? Pozbieram się. Poudaję życie. A nuż zapomnę, że to tylko taka gra?
piątek, 16 września 2011
Kiedyś w moim małym, na wskroś przegnitym móżdżku roiło się, że jeśli będę kochana, to wszystko już będzie dobrze - będę mogła przytulić się do mojego kochanego i zapomnieć o strachu, nerwach, nienawiści do siebie - o tym, że jestem wielką kupą gówna obleczonego w tłuszcz.
Ale tak nie jest.
Czternaście miesięcy. Jest ze mną czternaście miesięcy. Od ponad roku znosi moje lęki i świrowanie. A ja świruję jeszcze bardziej na myśl o tym, że po tak długim czasie łatwiej jest mieć dość moich wspomnianych lęków i świrowań... I sobie wpadam w kolejne błędne koła i kolejne.
Ja jestem nimi zmęczona. Wszystkim zmęczona. Jestem też spasiona jak świnia. Mam dość.
wtorek, 06 września 2011
Nie czuję się dobrze. Tak naprawdę, to czuję się całkiem źle. Samobójstwo znów zaczyna być kuszące...
Nie mogę. Wiem. Jest ze mną. Kocham go. Kocha mnie. Ale jak długo da się to wytrzymać? Nie może nawet normalnie uprawiać seksu, bo kiedy kończy zaczynam płakać. Od płaczu do spazmów - i dopiero tulona, głaskana i zapewniana tysiąckroć o tym, że mnie kocha (częściowo) uspokajam się.
Jest jeszcze parę spraw... Wszystkie spieprzyłam. Wszystkie jak leci.
|
|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
Zakładki:
2006
2007
2008
2009
2010
2011
Ulubione
|